Najnowsze treści

Panel logowania

Konta zakłada administrator.

Jeśli chcesz mieć możliwość logowania i edycji treści kontaktuj się w tej sprawie z administracją szkoły.

Gościmy

Odwiedza nas 116 gości oraz 0 użytkowników.

Historia szkoły

 Historia, rozwój i działalność
Społecznej Szkoły Podstawowej Nr 4 oraz
Społecznego Gimnazjum Nr 4 w Warszawie

 

1. Pierwsze lata działalności

Pomysł utworzenia społecznej szkoły podstawowej na terenie gminy Włochy powstał w roku 1989. Autorkami jego były panie: Hanna Jaczkowska, Krystyna Napiórkowska i Anna Nowak.

Oto zapis wywiadu, jaki autorka pracy przeprowadziła z osobami, które zapoczątkowały historię Społecznej Szkoły Podstawowej Nr 4 w Ursusie: p. Anną Nowak i p. Grażyną Lubańską. Pani Lubańska pracuje w Szkole nieprzerwanie od 1 października 1990 r. na stanowisku sekretarza szkoły i jest najdłużej zatrudnionym w Szkole pracownikiem.

-Jak zrodził się pomysł powołania do życia szkoły?

-Inspiracja powstała po ukazaniu się w "Gazecie Wyborczej" artykułu informującego o zarejestrowaniu Społecznego Towarzystwa Oświatowego. Akt ten otworzył pole do działania niezależnej oświacie. Możliwość stworzenia własnej szkoły, i tym samym uniezależnienia się od oferty państwa, wydała nam się bardzo obiecująca. Celem naszym było przede wszystkim stworzenie szkoły dla naszych własnych dzieci, szkoły przychylnej uczniowi, opartej na współpracy z rodzicami. Przedsięwzięciu sprzyjał też panujący wtedy w Polsce czas przemian, demokratyzacji życia i lansowana idea brania własnych spraw we własne ręce.

-Na jakie przeszkody natrafiły Panie w czasie powoływania szkoły do życia?

-Przeszkód było mnóstwo. Cały proces stwarzania szkoły można nazwać drogą przez mękę. Zaczynałyśmy od zera, zatem brakowało nam wszystkiego. Szkoła to małe przedsiębiorstwo, wymaga zorganizowania i dostarczenia mnóstwa rzeczy. Sam proces wpisania szkoły do rejestru i uporanie się ze wszystkimi formalnościami stanowiły nie lada wyzwanie. Szkoły społeczne były swoistym novum na rynku edukacyjnym. Urzędnicy nie wiedzieli jak nas traktować. Nie istniały nawet jeszcze przepisy jasno regulujące funkcjonowanie takich szkół. Z łatwością udało nam się jedynie znaleźć tymczasowe pomieszczenia przeznaczone na sale lekcyjne. Z pomocą przyszła nam lokalna parafia. Dzięki życzliwości ówczesnego proboszcza ks. Szpunara, dwie klasy O i klasa I rozpoczęły lekcje w salce katechetycznej parafii pod wezwaniem Matki Boskiej Salestyńskiej we Włochach (patrz Aneks V).

-Jaka jest oficjalna data rozpoczęcia przez Szkołę działalności?

-6 listopada 1989 roku ówczesna minister edukacji Anna Radziwiłł podpisała zgodę Zarządowi Głównemu Społecznego Towarzystwa Oświatowego na prowadzenie niepaństwowej szkoły podstawowej z klasami I - III i oddziałem przedszkolnym dla dzieci sześcioletnich w Warszawie - Włochach. Nadzór nad działalnością Szkoły objął Kurator Oświaty i Wychowania w Warszawie (patrz Aneks I). 14 listopada 1989 roku Kurator Oświaty i Wychowania w Warszawie, Jerzy Polański wydał zarządzenie w sprawie uruchomienia IV Szkoły Podstawowej Społecznej w Warszawie, w którym zezwolił na otwarcie naszej Szkoły z dniem 15 listopada 1989 roku (patrz Aneks II). Szkoła rozpoczęła działalność sześć dni później, tj. 21 listopada (patrz Aneks III).

-Są wiedziały Panie, że znajdą się rodzice gotowi powierzyć nowopowstałej szkole swoje dzieci?

-Czułyśmy, że jest więcej osób myślących podobnie do nas, że inni rodzice również chcą dla swoich dzieci innej, lepszej szkoły.

-Jak odbył się pierwszy nabór do Szkoły? Czy umieściłyście Panie ogłoszenie w lokalnej prasie?

-Nie. Nabór odbył się tzw. pocztą pantoflową. Ten wewnętrzny marketing całkowicie wystarczył, by skompletować trzy pierwsze klasy naszych wychowanków. Jak wspomniałyśmy, 21 listopada 1989 roku dwie klasy O i jedna I rozpoczęły naukę w "Czwórce". Od stycznia roku następnego Szkoła powiększyła się o dwie kolejne klasy: II i III (patrz Aneks IV).

-Jak skalkulowały Panie wysokość czesnego?

-Obliczyłyśmy koszty utrzymania Szkoły i pensji dla nauczycieli, to wszystko. Szkoła społeczna to przecież instytucja typu non-profit.

-Na czyją, poza parafią, przychylność i pomoc mogły Panie liczyć w trakcie powoływania Szkoły do życia i w pierwszych latach jej działalności?

-Pomagali nam rodzice naszych uczniów i nasi sąsiedzi. Ta Szkoła powstała i działała dzięki zaangażowaniu lokalnej społeczności. Pierwsze lata były bardzo trudne. Każdą salę należało przygotować i odpowiednio wyposażyć. A sal przybywało. Naglił też czas i zwiększała się liczba uczniów. Od września 1990 roku rokrocznie już przyjmowaliśmy nową klasę O. Co roku więc powiększała się liczba sal zajmowanych przez szkołę. Gdy zabrakło już sal katechetycznych zaproszono nas na plebanię. W końcu musiałyśmy wynająć dodatkowo dwa małe, zlokalizowane w pobliżu, domy jednorodzinne, by zmieścić wszystkich naszych uczniów. Szkoła mieściła się wtedy w trzech budynkach. Jak już wspomniałyśmy, każdą z sal należało przygotować i wyposażyć. Własnymi rękami, przy pomocy rodziców i okolicznych mieszkańców zakładaliśmy kaloryfery, kładliśmy podłogi, malowaliśmy ściany i przynosiliśmy z domów potrzebne sprzęty. Jeden z rodziców przywiózł ze Szwecji ciężarówkę pełną mebli po likwidującej się szkole. Ktoś inny przywiózł meble ze szkoły w Holandii. Gdy zabrakło nam nagle fizyka, do momentu zatrudnienia nowego, na stanowisku tym pracował społecznie posiadający kwalifikacje rodzic. Jedna z matek uczyła społecznie przez dwa lata niemieckiego, bo i o germanistę nie było łatwo. Tworzenie tej Szkoły było wspólnym dziełem wielu osób. I pomimo ogromnego wysiłku organizacyjnego i czasowego (często kończyliśmy pracę w późnych godzinach wieczornych) nie traciliśmy ducha. Towarzyszył nam wtedy ogromny entuzjazm. To był bardzo trudny, ale i piękny czas.

-Czy myślały Panie o tym, by w przyszłości rozbudować Szkołę i przedstawić szerszą ofertę edukacyjną?

-Nie. Nie zastanawiałyśmy się nad przyszłością. Było zbyt wiele spraw, które angażowały nas na bieżąco. Nie snułyśmy planów na przyszłość. Liczyło się "dziś" Szkoły. Ponadto, przepisy regulujące działalność tego typu placówek były wtedy jeszcze w fazie powstawania. W regulacjach prawnych panował chaos. Nie wiedziałyśmy co będzie dalej.

-W czym Czwórka miała się różnić, i czym różniła się od innych, publicznych placówek?

-Już od momentu powołania Szkoły do życia, i jeszcze potem, przez kilka pierwszych lat jej działalności trwały burzliwe dyskusje nad tym jaka ta Szkoła ma być, czym ma się różnić od państwowej podstawówki. To ścieranie się różnych koncepcji, zarówno nas - założycielek, jak i rodziców naszych uczniów było dla nas wszystkich równie wyczerpujące i absorbujące jak wszystkie inne sprawy organizacyjno-prawne. Wszyscy wiedzieliśmy na pewno, czego dla naszych dzieci nie chcemy: nie chcieliśmy przeładowanych programów, trzydziestoosobowych klas, hałasu i tłoku na przerwach, obojętnych nauczycieli, akademii ku czci, nauczania ideologii. Zgodni byliśmy również co do tego, by uczyć nasze dzieci języków obcych i zapewnić im dużo ruchu. Nie mieliśmy oczywiście własnej sali sportowej ani basenu. Wszystkie obiekty sportowe znajdowały się daleko od Szkoły. Dlatego zdecydowaliśmy, że maluchy będą ćwiczyć na miejscu, a starsze dzieci będą dowożone autokarem do hali sportowej Klubu Sportowego "Przyszłość" i na basen. Dodatkowo, zorganizowaliśmy zajęcia rytmiki dla klas młodszych, lekcje tańca i koła sportowe. Rodzice wysunęli postulat, by Szkoła stała się szkołą "wędrującą". Organizowano więc liczne wyjścia do kin, teatrów, muzeów, zakładów pracy rodziców, wycieczki do Warszawy i poza nią (jedno- i kilkudniowe) oraz "zielone szkoły" w różnych zakątkach Polski (Kraków, Wrocław, Gniezno, Krzyżowa). Dużo trudniej było nam sprostać postulatowi nauczania języków obcych w wymiarze większym niż w szkołach publicznych. Mówimy tu oczywiście o języku angielskim i niemieckim, a nie rosyjskim. Przez Szkołę "przewinęła" się ogromna liczba lektorów. Chłonny rynek pracy lat 90tych przechwytywał młode, władające zachodnimi językami osoby. Nie mogliśmy konkurować finansowo z nowopowstającymi firmami. Dlatego rotacja wśród nauczycieli języków była ogromna.

-Wspomniały Panie o "burzliwych dyskusjach" wokół koncepcji Szkoły. Które z wymiarów jej działalności stwarzały pole do różnicy oczekiwań?

-Jak wspomniałyśmy, oczywistym było czego dla naszych dzieci nie chcemy. Dużo trudniej było nam sprecyzować czego od tej Szkoły oczekujemy: jaki Szkoła ma realizować program i jakimi metodami, kto ma o tym decydować, jaka ma być rola Dyrektora, jaki udział we władzach Szkoły mają mieć rodzice i jaki ma być ich wpływ na pracę Szkoły? Te i podobne pytania pojawiały się nieustannie. Ścieranie się różnych idei i koncepcji powodowało, że Statut Szkoły powstawał z mozołem (patrz Aneks 6). Część rodziców życzyła sobie wysokiego poziomu nauczania, stawiania wysokich wymagań i przyjmowania w poczet uczniów jedynie dzieci zdolnych, co miało dawać gwarancję przyjęcia do dobrej szkoły średniej. Inni z kolei chcieli szkoły integracyjnej, otwartej; takiej, która, by nie stresowała i uczyła przez zabawę. Dla jeszcze innej grupy rodziców najważniejsza była ochrona ich dzieci przed wpływem patologii społecznych i zapewnienie dzieciom poczucia bezpieczeństwa i opieki nad nimi. Ostatecznie owe wymagania i oczekiwania wobec Szkoły podzieliły rodziców. Choć co roku przychodzili do nas nowi uczniowie, odchodzili ci, których Szkoła rozczarowała. Ich zdaniem to, co powstało, daleko odbiegało od tego, czego się spodziewali. Wzajemną komunikację i osiąganie kompromisów utrudniały dodatkowo realia lat 90tych, w których funkcjonowaliśmy. Wszystkim nam było bardzo trudno odnaleźć się w nowej rzeczywistości.

-Jaką ostatecznie koncepcję Panie przyjęły?

-Stworzyłyśmy szkołę "złotego środka" (patrz Aneks 7). Starałyśmy się umożliwić dzieciom swobodny rozwój na miarę ich możliwości w przyjaznej atmosferze. Mała liczebność klas pozwoliła na zindywidualizowany tok nauczania. Wychowanie odbywać się miało w duchu życzliwości i tolerancji, tak, by dobrze czuły się u nas również i mogły "rozwinąć skrzydła" dzieci "inne" - znerwicowane, nieco tęższe czy wrażliwsze; te, które źle funkcjonują w szkołach państwowych. Postawiłyśmy również na uczniów wybitnie uzdolnionych stwarzając im szansę pogłębiania ich wiedzy i umiejętności zarówno w czasie lekcji jak i na zajęciach fakultatywnych. Szkoła oferowała szeroką gamę zajęć popołudniowych w ramach czesnego: kółka dramy, kółka teatralne w językach: angielskim, niemieckim i francuskim; lekcje tańca, kółko historyczne, matematyczne, przyrodnicze, muzyczne, kółko wiedzy o świecie współczesnym. Zadbałyśmy również o świetlicę oferującą możliwość zjedzenia obiadu.

-Jak wyglądały dalsze losy Szkoły? Czy było już łatwiej?

-Szkoła zdobywała dobrą markę i chętnych nie brakowało. Nową barierą stało się czesne. Choć kalkulowane zawsze na najniższym, zapewniającym jedynie egzystencję, poziomie, musiało jednak rosnąć. Szkoła powiększała się i potrzebowała nie tylko więcej miejsca, ale i coraz więcej wyposażenia i pracowników. Rosły koszty utrzymania Szkoły: pensji, remontów, transportu. Rosnąca liczba uczniów i nauczycieli wymagała zatrudniania następnych pracowników administracyjnych: sprzątaczki, woźnej. Nie można też już było dalej prowadzić księgowości społecznie. Sytuację pogarszała szalejąca wtedy w Polsce inflacja, która przyczyniła się również do zubożenia części rodziców. Aby uchronić dzieci przed koniecznością opuszczenia Szkoły z powodów finansowych uruchomiliśmy fundusz stypendialny. Aby dofinansować Szkołę organizowaliśmy kiermasze i szkolny sklepik. Stopniowo przybywało nam niezbędnych sprzętów. Powstała biblioteka szkolna. Wzbogaciła się pracownia biologiczna i chemiczna. Przybyło też sprzętu do małej salki gimnastycznej, z której korzystały młodsze dzieci. Salką tą była zaadoptowana piwnica naszej zaprzyjaźnionej plebani. Pomimo usilnych starań nie znalazłyśmy sponsora. Z roku na rok zmniejszały się dotacje MENu, wzrost czesnego pokrywał jedynie straty wynikłe z inflacji. Nie było szans na stworzenie pracowni komputerowej. Zajęcia informatyki odbywały się na terenie nieistniejącej już lokalnej fabryczki we Włochach, która użyczyła nam swoich stanowisk komputerowych. To ciągłe balansowanie na krawędzi opłacalności i notoryczne niedofinansowanie Szkoły zmusiły nas do rezygnacji z prowadzenia klasy integracyjnej.

-Klasa integracyjna w Czwórce?

-Tak. Do ówczesnej pani dyrektor zgłosiła się grupka rodziców dzieci niepełnosprawnych, borykających się z różnymi problemami emocjonalnymi i doświadczających specjalnych trudności edukacyjnych. Prosili o umożliwienie ich dzieciom nauki w Czwórce. Ponieważ chcieliśmy, by nasza Szkoła była otwarta na potrzeby edukacyjne lokalnego środowiska, z myślą o tych dzieciach powstała klasa integracyjna. Każdy z nowych uczniów cierpiał na inne schorzenie i wymagał indywidualnego trybu nauki, dlatego część zajęć odbywali oni wspólnie ze swoimi kolegami, a cześć tylko we własnym gronie, z ich własną panią. Aby umożliwić klasie integracyjnej przetrwanie szukaliśmy wsparcia finansowego. Jednak pomimo obietnic władz gminy i Kuratorium Oświaty nie otrzymaliśmy żadnych funduszy na ten cel. Ogromnym wysiłkiem finansowym zachowaliśmy tę klasę przez rok. Potem jednak koszt jej utrzymania okazał się dla rodziców zbyt wysoki i musieliśmy z tej oferty zrezygnować.

-Jak wyglądała działalność Szkoły dla lokalnego środowiska?

-Nasze dzieci zawsze były z tym środowiskiem blisko związane. Niewielka, w porównaniu do przeciętnej, państwowej szkoły, liczba uczniów stwarzała poczucie wspólnoty i dawała łatwość w zaangażowaniu całej szkolnej społeczności w różne przedsięwzięcia. Jak wspomniałyśmy, uczniowie odwiedzali zakłady pracy rodziców, przygotowywali dla nich prace plastyczne i miniprzedstawienia teatralne. Ponieważ okazało się, że wielu z naszych uczniów jest utalentowanych aktorsko, działające na terenie Szkoły kółka teatralne przygotowywały i wystawiały sztuki dla mieszkańców Włoch i Ursusa; sztuki adresowane głównie do ich rówieśników. Uczniowie prezentowali też mieszkańcom swoje talenty wokalne i recytatorskie. Odwiedzaliśmy również gminny ośrodek pomocy społecznej i ognisko TPD. Przed każdą z takich wizyt dzieci organizowały zbiórkę zabawek i ubrań, którymi obdarowywały potem bardziej potrzebujących kolegów. Korzystaliśmy z lekcji bibliotecznych i muzealnych. Dzięki współpracy z Fundacją dla Porozumienia Europejskiego nawiązaliśmy też kontakt z jedną z niemieckich szkół. Dzieci korespondowały ze sobą, wymieniały zdjęcia i prace plastyczne. Trudno mówić o jakiejś działalności środowiskowej na wielką skalę. Włochy i Ursus nie należały i nie należą do gmin tętniących życiem, z szeroką ofertą kulturalno-oświatową. Poza tym, niełatwo było znaleźć jakichś w miarę stałych partnerów do takiej współpracy. Przemiany w kraju spowodowały chaos i ciągłe zmiany we wszystkich sferach życia. Zakłady pracy upadały, wielu placówkom groziła likwidacja lub przeobrażenie. Ich pracownicy myśleli o tym, jak odnaleźć się i przetrwać w nowych realiach, a nie o tym, co mogliby zrobić dla lokalnej szkoły lub jak sami mogliby skorzystać z jej oferty kulturalnej.

-Co było powodem zmiany lokalizacji Szkoły?

-W 1997 roku właściciele jednego z prywatnych domów, na terenie którego odbywały się zajęcia, po prostu sprzedali go. Zaczęliśmy gorączkowo szukać nowego lokum. Ze względu na rosnące opłaty wynajmu nie było to łatwe. Ponadto, nie można przecież zaadaptować na potrzeby szkoły dowolnego budynku. Potrzebna jest dobra lokalizacja, węzeł sanitarny, jasne, przestronne sale, zaplecze gospodarcze, boisko, sala do zajęć ruchowych i na pracownię komputerową. Przez te lata wzrosły przecież standardy lokalowe szkół społecznych i oczekiwania rodziców. Po wielu miesiącach poszukiwań udało się wreszcie wydzierżawić od gminy Ursus budynek, w którym Szkoła znajduje się do dnia dzisiejszego. 30 czerwca 1998 roku miała miejsce wielka przeprowadzka. Nowy obiekt, służący niegdyś jako żłobek dla dzieci pracowników Zakładów Mechanicznych "Ursus" wymagał kolejnych nakładów finansowych, adaptacji, modernizacji i remontu. Zaletą tej sytuacji był natomiast fakt, że wreszcie cała Szkoła mieściła się w jednym miejscu. Dostaliśmy pozwolenie na korzystanie z tego obiektu przez dziesięć lat czyli do roku 2008.

-Jak na te wszystkie perypetie i przemiany reagowały dzieci?

-Co na to dzieci? Dzieci po prostu zawsze lubiły do tej Szkoły chodzić.

Fragment pracy magisterskiej pani Klaudii Ślusarskiej